|
Mogłem umrzeć przez pogotowie Mój mąż mógł umrzeć, bo ekipa pogotowia zlekceważyła pęknięcie tętniaka mózgu - twierdzi Renata Dąbrowska ze Słupska. Mężczyznę cudem udało się uratować. To już kolejny przypadek w tym roku, kiedy chorzy zarzucają pogotowiu lekceważenie pacjentów. - To był cud, że mąż przeżył pęknięcie tętniaka. Nie chciałabym, aby inni byli tak traktowani przez pogotowie jak on - uważa Renata Dąbrowska. Sławomir Żabicki
Dwa tygodnie temu Dariusz Dąbrowski, 29-letni słupszczanin, zaczął się skarżyć na okropny ból głowy. Cierpiący mężczyzna czuł, że traci wzrok. Jego żona natychmiast wezwała pogotowie. - Dyspozytorka jednak odmówiła wysłania karetki i odesłała mnie do lekarza domowego, który uznał, że wizyta pogotowia jest niezbędna - opowiada kobieta. - Po kolejnym wezwaniu pogotowie przyjechało po kilkunastu minutach. Lekarz zmierzył mężowi ciśnienie, kazał mu ścisnąć rękę i dał zastrzyk z pyralginy. Gdy lekarz i jego pomocnicy wyszli na klatkę schodową, usłyszałam, jak między sobą mówili, że mąż jest naćpany narkotykami i dlatego go boli głowa. To bzdury, bo mąż ani nie pije, ani nigdy nie brał narkotyków. Pacjenci skarżą lekarzy
- 8 lipca Helena Czapiga wzywała pogotowie, bo nie chciała bezradnie patrzeć, jak umiera jej matka. Karetka przyjechała na miejsce półtora godziny po wezwaniu. Kobieta już nie żyła. - Gdy 79-letnia Lidia Kos z Pęplina poczuła się źle, Maciej Kirikowicz, jej wnuk wezwał karetkę pogotowia. Dotarła na miejsce po 40 minutach. Tyle zajęło jej przejechanie 9 kilometrów z Ustki do Pęplina. Kirkowicz chce, aby sprawę wyjaśniała prokuratura. Zbigniew Marecki źródło: Glos Pomorza Aby dodać komentarz zaloguj się. Jeśli nie masz konta, załóż je sobie. Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze. Powered by AkoComment 2.0! |