|
Dobry poród - nie przywilej Politycy prześcigają się w pomysłach, co zrobić, by w Polsce rodziło się więcej dzieci. My chcielibyśmy też, by rodziły się godniej Wszystko zaczęło się 7 maja 1994 r. Ogłosiliśmy, że w Polsce nie rodzi się po ludzku. Wydrukowaliśmy w "Gazecie" listy i relacje kobiet, które wspominały poród jako koszmar. To była jedna wielka ściana płaczu. Upokorzenie, pacjentki traktowane jak przedmioty przez światły personel, który najlepiej wie, co dobre. Elżbieta Cichocka
Dla "dobra" kobiet 11 lat temu oddziały położnicze, poza nielicznymi wyjątkami, były szczelnie zamkniętymi twierdzami - bez możliwości odwiedzin. Te bowiem groziły epidemią. A kto dziś pamięta czasy, kiedy ze świeżo upieczoną mamą można się było porozumiewać tylko za pomocą karteczek podawanych przez salowe? Szpitale - między innymi dzięki naszej akcji - otworzyły się i okazało się, że epidemia nie wybuchła. Można to było zmienić? Można. Jedenaście lat temu porody rodzinne to była nowinka w nielicznych, kierowanych przez światłych lekarzy szpitalach. Dzisiaj to 30 proc. wszystkich porodów i każdy oddział położniczy przystosowuje sale do porodów rodzinnych. I tę nowość udało się nam upowszechnić. Najskuteczniej potrafiliśmy przekonać same pacjentki do zmiany oczekiwań wobec kadry medycznej. Najwolniej zmieniała się postawa białego personelu wobec pacjentek. Ale i tutaj mamy sukcesy. Jeden z krakowskich szpitali, który w naszym ostatnim przewodniku dostał "czarne serce" za bezduszne traktowanie kobiet, dzisiaj może pochwalić się tytułem "Szpital przyjazny dziecku". Szkoła rodzenia jest bezpłatna, sale porodowe oddzielne dla każdej rodzącej, zmieniła się kultura pracy i sposób traktowania rodzących. Dyrektor się uparł i zmienił, co należało. Co jeszcze trzeba zmienić? Skoro jest coraz lepiej, to po co kolejna odsłona akcji? Dzisiaj młodym mamom najbardziej przeszkadzają obietnice, które nie znajdują potwierdzenia. Każdy niemal szpital stara się je przyciągnąć, bo każdy poród to określona kwota z NFZ i - często - dopłata z kieszeni pacjentek. Położne pokazują więc przyszłym pacjentkom piękne sale porodowe z prysznicami, wannami, piłkami i innymi gadżetami do ćwiczeń ułatwiających znoszenie kilku godzin skurczów. Potem jednak przychodzi godzina zero. Ciężarna zgłasza się do szpitala, tam przykuwają ją do łóżka kroplówką z oxytocyną wzmagającą kurcze i elektrodą badającą tętno dziecka. Na wszystkie urządzenia pacjentka może sobie jedynie popatrzeć. Bywa, że wyciągają z niej pieniądze. W jednym z warszawskich szpitali uczennice położnictwa zauważyły, że położna molestuje rodzące, by kupiły sobie za 500 zł cudowny środek znieczulający. Ten biznesik był niezwykle opłacalny. Położna podawała dolargan, narkotyk przeciwbólowy, w wielu krajach przy porodach zakazany. To, co dostaje się do krwi matki, przedostaje się przecież też do krwiobiegu dziecka. Noworodek rodzi się naćpany, nie może ssać, ma depresję oddechową. A są przecież inne środki znieczulające. Czy personel medyczny informuje matki o wszystkich możliwych skutkach ubocznych stosowania dolarganu? Gdyby informował, nie miałby tylu klientek. A przecież prawo do pełnej i przystępnej informacji jest zapisane w dwóch ustawach i kodeksach etycznych lekarzy oraz pielęgniarek i położnych. Sześć lat temu ówczesny konsultant krajowy ds. ginekologii i położnictwa mówił "Gazecie" o szkodliwości stosowania "ręcznej pomocy" ginekologa przy porodzie. W końcowej fazie porodu lekarz dłońmi, ramieniem albo łokciem "wyciska" dziecko z brzucha matki. Jedni robią to delikatniej, inni brutalniej. Czasami się udaje, czasami następuje pęknięcie macicy albo nawet śmierć dziecka - wtedy sprawa kończy się w sądzie. Sama metoda jest określana w podręcznikach ginekologii jako przestarzała. Mimo tego młodzi lekarze w niektórych szpitalach "ręczną pomoc" stosują nadal, bo tak robiło się zawsze. Gdyby istniały standardy postępowania przy porodzie, tę ryzykowną praktykę można byłoby łatwiej wytępić. Ich brak powoduje, że jesteśmy w położnictwie zacofani. Skalpel zamiast porodu - Czy są jakieś ćwiczenia, masaże, by zwiększyć szansę, że nie będę nacinana? - pyta na naszym forum internetowym "Dziecko" młoda kobieta. - Bardzo mnie to przeraża. Mój lekarz się śmieje i twierdzi, że u pierwiastki to oczywiste postępowanie. Podobnie położna w przychodni. A ja wiem, że są kobiety, które nawet przy pierwszym porodzie nie musiały być nacinane. Kobieta dostaje sporo odpowiedzi uspokajających: że nacięcie nie boli (rzeczywiście nie boli), że szycie można znieść (no można, znoszą to co roku dziesiątki tysięcy kobiet). I tylko jedna internautka pisze, że amerykański ginekolog zdziwił się, widząc bliznę poporodową, i powiedział, że u nich tej barbarzyńskiej metody już dawno się nie stosuje. Otóż ta barbarzyńska metoda rozlała się na świat z Ameryki. Pewien amerykański lekarz uznał, że poród to coś w rodzaju operacji i wymaga interwencji chirurga. Nazywał się Joseph De Lee. W 1913 r. proponował, by każdą kobietę usypiać, profilaktycznie nacinać jej krocze, a dziecko wyciągać za pomocą kleszczy. Moda na skalpel przy porodzie się upowszechniała. Paru pokoleniom kobiet na kilku kontynentach przez dziesiątki lat wmawiano, że tak trzeba, że to profilaktyka przed ciężkimi obrażeniami. 20 lat temu okazało się, że żadne badania tego nie potwierdzają. Nacięcie krocza zostało uznane przez naukowców z The Cochrane Library (oceniającego skuteczność procedur medycznych) za bezcelowe i szkodliwe. Eksperci WHO uważają, że uzasadnione jest w kilkunastu proc. porodów. U nas jest stosowane rutynowo. Naturalnie - dla dobra pacjentek. Gdyby uwierzyć statystykom nacinania krocza, okazałoby się, że Polki mają jakieś wady anatomiczne. Podobnie Greczynki i Japonki. Za to wprost stworzone do rodzenia są Szwedki - tylko jedna na dziesięć ma nacinane krocze, a w Polsce, Grecji czy Japonii prawie wszystkie. Standardy potrzebne od zaraz Walka z rutyną i przestarzałymi praktykami będzie łatwiejsza, jeśli zostaną opracowane standardy nowoczesnego porodu. Tego oczekujemy od ministra zdrowia. Od standaryzacji nie uciekniemy, tak się robi na świecie, by eliminować zbędne i szkodliwe procedury medyczne, co ogranicza też koszty. Standard leży więc w interesie zarówno kobiet, jak i polityków. Ale od nowoczesnych standardów oczekujemy respektowania zagwarantowanych ustawowo praw pacjentów. Jednym z nich jest poszanowanie intymności i godności podczas leczenia. Innym - prawo do opieki przez bliską osobę. Dzisiaj poród rodzinny niby jest za darmo. Żaden szpital nie przyzna się do pobierania słonych opłat, bo znalazłby się w konflikcie z prawem. Płaci się więc - oficjalnie - za wyższy standard usług medycznych. W praktyce okazuje się, że wyższy standard to oddzielna sala porodowa, normalny zaś standard to sala kilkuosobowa. W takiej sali też teoretycznie może odbyć się poród rodzinny, jeśli to nie przeszkadza innym rodzącym. Ale przecież jest oczywiste, że przeszkadza. Dlatego w powszechnym odczuciu w Polsce istnieją opłaty za porody rodzinne. Cenami rządzi prawo rynku. Modne szpitale biorą tyle, ile mogą zapłacić zamożne pacjentki. Szpitale mniej modne pobierają opłaty symboliczne albo wcale ich nie pobierają. Poród może się więc odbyć za darmo albo za parę tysięcy złotych. Do tego płaci się za znieczulenie, za wybór lekarza czy położnej. Dezorientacja, za co trzeba płacić, a co jest w ramach ubezpieczenia, jest taka, że kobiety pytają, czy do cesarskiego cięcia - jeżeli jest zalecane - powinny przyprowadzać anestezjologa. Wszystkie te opłaty mają kruchą podstawę prawną, póki nie będzie standardów. Minister Zbigniew Religa wielokrotnie deklarował, że żaden pacjent nie będzie dopłacał za usługi medyczne. Panie ministrze, za porody płaci się od lat, i to słono. Oczekujemy, że uporządkuje pan te opłaty przynajmniej na tyle, żeby było wiadomo, co jest standardem, a za co trzeba dopłacić. Tata rekordzista zapłacił w prywatnej klinice 10 tys. zł za poród. Lekarz przekonał go, że dziecko ważące 3,6 kg - raptem 10 dkg więcej niż przeciętnie - jest za duże, by urodzić się siłami natury i wymaga cesarki. Uszczęśliwiony tatuś po zabiegu dołożył jeszcze kopertówkę. Cóż, na biednego nie trafiło. Nie możemy się jednak zgodzić, by przy porodach najważniejsze były pieniądze. Po wprowadzaniu przez NFZ nowych taryfikatorów wyceniających poszczególne procedury medyczne wzrosła liczba cesarskich cięć. Cesarka zaczęła się po prostu bardziej opłacać. Liczymy, że uda się uporządkować zasady finansowania tak, by poród odbywał się w interesie zdrowotnym kobiet, a nie w interesie finansowym szpitali. Za rok dzięki ankietom wypełnionym przez tysiące młodych kobiet zobaczymy aktualny przewodnik po szpitalach położniczych. Mamy nadzieję, że kilka zgłoszonych tu spraw uda się przez ten rok rozwiązać. Elżbieta Cichocka żródło: gazeta.pl Aby dodać komentarz zaloguj się. Jeśli nie masz konta, załóż je sobie. Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze. Powered by AkoComment 2.0! |